To dziwne, bo ta sama wrażliwość jest przyczyną moich największych problemów.
Czy to źle, że taka jestem?
Czuję za mocno, ale coraz lepiej mi idzie hamowanie.
Mówił, że w mojej wrażliwości jest odpowiedzialność, dojrzałość i miłość.
Cieszę się, że taka jestem.
I jednocześnie mi z tym trudno.
Myśl, że będę musiała tyle mówić na terapii jest dla mnie wkurzająca.
Ja nie chcę mówić, rozpamiętywać i płakać.
Już powoli zalepiłam rany.. tylko zalepiłam je milczeniem.
Tak się nie wychodzi z problemów. Powinnam z otwartością mówić o tym co mnie zniszczyło i bez większych emocji akceptować przeszłość. A ja?
Unikam tematu, bo wiem, że jak wróci to mnie rozwali.
Wiem, że ona będzie pytała. Dużo pytała. Będzie chciała wiedzieć wszystko - to co ukrywam najbardziej.
Nie mogę zamiatać prawdy pod dywan. Co się stało to się stało.
Rozwiązaniem nie jest nienawiść, milczenie czy zapomnienie.
Rozwiązaniem jest akceptacja.
Niestety mam w sobie za dużo złości i bólu, aby zaakceptować.
Czuję się jak matka, której mówią, że im szybciej zaakceptuje śmierć swoich dzieci - tym szybciej będzie dobrze i ułoży sobie życie.
Ja to rozumiem. I chcę oczyścić umysł, ale...
nie widzę teraz końca węża, który oplótł moją szyję. Widzę początek, ale nie koniec. Jest za długi by z łatwością go odwiązać.
Kiedy ogarnę już smutek z ostatniego roku - przyjdzie mi się zmierzyć z jeszcze większym - tym zbieranym latami.
Mój paniczny strach do ludzi.
Moja niechęć do ludzi.
Mój ból, który mi ludzie zrobili.
Zaufanie?
Jeśli nauczy mnie zaufania to będzie cudotwórcą.
Znam ludzi. i tych co w Internecie czują się bezkarni i wylewają na innych swoje frustracje, aby było im lepiej.
Znam ludzi z Internetu- tych, którzy komentują ze znieczulicą - uczucia i życie innych.
Znam ludzi tych w życiu, którzy jedzą z tobą owoce w białej czekoladzie, przesiadują na rozmowach godzinami, zwierzają się, odwiedzają twoją rodzinę, a potem..
jak gdyby nigdy nic. koniec. Jakby to było dla nich proste i jakby nowe znajomości mogły zalepić rany.
JA TAK NIE MAM.
Mnie boli. Mnie kurewsko boli.
Boli.
Kiedy już za bardzo pokocham, wtedy sie komplikuje. Jak mogę tak z miesiąca na miesiąc nie myśleć o wspólnie jedzonej pizzy i grach planszowych? Jak mogę nie myśleć o wspólnych kawkach i zwierzaniu się? O śmiechu przy głupich filmach na yt. o tym wszystkim.
Wmawiam sobie, że teraz każdy się zmienił i już nie jest sobą. Że ludzie mają wady i staram się skupić na tych wadach. Usiłuję myśleć ŹLE, ale w środku jest tylko tęsknota.
Nawet złe rzeczy bledną przy mojej tęsknocie. I wiem, że powinnam po prosty zapomnieć i skończyć pewne etapy, znajomości i przeszłość. Zamknąć to po prostu, ale...
znowu siedzimy w piątek wieczorem przy winie. Znowu śmiejemy się opowiadają o życiu.
Gotujemy w mojej małej kuchni i tak do późnej nocy.
To jak mi jest przykro. To jaki ból czuję do tego, że to się skończyło... to...
Siedzę teraz w wannie z laptopem. Woda z kąpieli łączy się z moimi łzami. Już nie wiem, ile jest łez, a ile wody.
Tylko po co płakać? Po co tak cierpieć?
Wystarczy zamknąć rozdział. Niestety nadal nie chcę tego robić.
Może jeszcze coś napiszmy. Dokończmy to tak z happy endem i wtedy przejdę na stronę dalej.
Dopiszmy kilka stron.
Mieli mnie tutaj odwiedzać.
Miał być kontakt.
Miały być choć małe rozmowy co jakiś czas.
Miał być telefon i rozmowa co u nas.
Miało być cokolwiek.
a teraz pustka.
tęsknota
i ja
sama z tymi uczuciami wypalającymi serce i oczy
Dobra. W przyszłym tygodniu mam wizytę. Niech nauczy mnie zapominać.
Niech nauczy mnie myśleć tak, aby nie cierpieć.
Zuzanna Borucka